Truposze nie umierają 2019

The Dead Don't Die

Spokojne miasteczko Centerville walczy z watahą zombie. Martwi wychodzą z grobów i brutalnie atakują mieszkańców, aby się nakarmić.

Reżyseria
Scenariusz
Aktorzy
, ,

Zwiastuny Zobacz wszystkie 3 zwiastuny

Zdjęcia Zobacz wszystkie 29 zdjęć

Obsada Zobacz pełną obsadę

Adam Driver
jako Ronald Peterson
Bill Murray
jako Cliff Robertson
Chloë Sevigny
jako Minerva Morrison
Selena Gomez
jako Zoe
Danny Glover
jako Hank Thompson
Tilda Swinton
jako Zelda Winston
Steve Buscemi
jako Farmer Miller
Tom Waits
jako Hermit Bob
Caleb Landry Jones
jako Bobby Wiggins
Austin Butler
jako Jack
Rosie Perez
jako Reporterka wiadomości
Carol Kane
jako Zombie

Fabuła

W sennym miasteczku Centerville coś nie gra. Wielki księżyc wisi jakby niżej niż zwykle, godziny dnia przychodzą niespodziewanie, a zwierzęta zachowują się tak, jak nie zachowywały się wcześniej. I nikt nie wie dlaczego. Doniesienia mediów są złowieszcze, naukowcy wydają się skonfundowani. Ale nikt nie przewiduje tego, co za chwilę spotka Centerville – umarli nie umarli. Wstają z grobów i brutalnie polują na żywych. Mieszkańcy miasta muszą walczyć o przetrwanie. opis dystrybutora

Gatunek
Komedia, Horror
Słowa kluczowe
krew, kawa, policja, zwłoki zobacz więcej

Zobacz także

Szczegóły

Premiera
2019-07-26 (kino), 2019-05-14 (świat)
Dystrybutor
UIP - United International Pictures
Wytwórnia
Animal Kingdom
Film i Väst (współpraca produkcyjna)
Kraj produkcji
USA, Szwecja
Wiek
od 15 lat
Czas trwania
103 minut

Wiadomości zobacz wszystkie 5 wiadomości

Recenzje

Zalatuje świeżością, nawet kiedy są rozkładające się ciała, ale i symbolicznie pokazujące pustkę duchową cywilizacji. Prześmiewczy, kinofilski, ale i autorski – apokalipsa zombie w slow cinema. 9

Apokalipsa zombie, body horror, makabreska jako gatunki lub podgatunki kina grozy, które wykorzysta jeden z niekwestionowanych reprezentantów kina autorskiego i ekscentrycznego? Nie ma w Truposze nie umierają żadnej kolizji czy wyłącznie zgrywy! Czy Jim Jarmusch urządza wielką ucztę ku chwale kina klasy B? Czy obśmiewa konwencje i nawyki gatunków? Wszystko się zgadza i mimo nadmiaru nic tutaj nie zawadza. To prawdziwy park rozrywki dla kinofila, gdzie Jim Jarmusch nie odrzuca swojej poetyki, kolaborując z różnymi gatunkami i narracjami. Konsekwencja, ekspresja, spora żywotność, jak na świat pełen trupów. Jednocześnie reżyser znowu nie izoluje się od problemów kondycji cywilizacji, a imponująco i autoironicznie przefiltrowuje je swoją, nieskażoną przeciętnością fantazją.

Oczywiście akcja ma miejsce w spokojnym i niepozornym miasteczku Centerville. Oczywiście, ponieważ jakie miejsce zazwyczaj wybiera kino za wylęgarnie wtórnych zaskoczeń i niby nieprzewidzianych zdarzeń? Tutaj właśnie trójka policjantów o różnych usposobieniach, ale tak samo siedzących po uszy w marazmie, nagle zacznie zauważać coraz to dziwniejsze sytuacje. Zegarki przestają działać, jest jasno wtedy, kiedy powinno być ciemno, a ciemno wtedy, kiedy jasno. Ronnie Paterson jest tym najbardziej błyskotliwym z trójki, który zapętla nieustannie zdanie, że coś nadchodzi. Do niego zwraca się z prawie każdym zapytaniem doświadczony szeryf Cliff Robertson, którego chyba już nic nie jest w stanie na tym świecie zaskoczyć. Za to postacią najbardziej poruszoną, przejętą nadchodzącymi zmianami i okazującą najwięcej emocji jest policjantka Mindy Morrison. To katastrofa klimatyczna determinuje wszelkie wynaturzenia. Media są zdezorientowane i wysyłają sprzeczne informacje, naukowcy również wpadają w panikę. Wydaje się, że mamy do czynienia z nadchodzącym końcem świata. Nadchodzi atak zombie. Powstali nie są żywi, ale nie są też martwi, jak to również wielokrotnie powtarza policjant Ronnie.

Kiedy dochodzi do pierwszego ataku i jednoznacznego sygnału, że nadchodzi apokalipsa zombie, nikt z nas nie będzie tak naprawdę zaskoczony. Jim Jarmusch doskonale obśmiewa i ironizuje sobie z klisz kina apokaliptycznego ze swoim absurdalnym i osobliwym poczuciem humoru. Charakter każdego z policjantów jest grubo ciosany. Mamy znudzonego glinę, odkrywającego wszystko glinę i najbardziej panikującą glinę. Do tego przeciągnięte do granic cierpliwości sekwencje rozmów pełnych powtórzeń, doskonale demaskują wtórność tych narracji. Autor nie na szyderstwie kończy, a pięknie to splata z sympatią do kina klasy B, kina gore, gdzie mamy standardowo wystającą rękę z grobu, szczegółowo pokazane żywienie się zombie, grupę naiwnych dzieciaków, która zatrzymuje się w obskurnym motelu akurat w tym czasie, zaskoczonych mieszkańców i ekscentryczkę z zewnątrz, która prowadzi dom pogrzebowy, więc zdecydowanie nie jest w jej interesie, by martwi ożywali. Truposze nie umierają, wielokrotnie puszczą do nas oko.

Jim Jarmusch jednak jest bardzo oddany, nawet w tak determinującym gatunku, swoim nawykom i nie zmienia charakteru pisma. Wśród wielu hektolitrów krwi znowu jest to swoiste, mocno sugestywne, pozorne „nic się niedzianie”. Podczas ataku krwiożerczych bestii!!! Reżyser opowiada o apokalipsie zombie w konwencji slow cinema. Do tego bawi się naszą percepcją poprzez złamanie czwartej ściany. Są sceny, w których wydaje się, że nie rozmawiają ze sobą Ronnie i Cliff, a Adam Driver i Bill Murray. Gdzie widzieliście ostatnio, by aktor na swój sposób spojlerował ciąg dalszy, a drugi pytał go, czy przeczytał cały scenariusz? Kiedy tak gawędzą, wspominają o improwizacji to naprawdę przekraczają ramy umowności opowiadania czy to po prostu doskonały mind-game? Takie sytuacje przesiąkają film i wraz z autotematyzmem, wycieczkami do własnego kina również niebezkrytycznymi, ale i do wielu klasyków (od Tarantino, braci Coen, po Hitchcocka) tworzą kolejne warstwy znaczeniowe i udowadniają, jak Jim Jarmusch żongluje pojęciem plot twistów, zakończenia filmu, napięcia. Reżyser bałagani i wręcz odwraca się od typowych strategii, podważając ich wartość. Dlatego możemy również odebrać to jako kino świadomej farsy po zmroku.

Można by pomyśleć, że Truposze nie umierają trochę zabija tę skromność przedstawienia charakteryzującą Jima Jarmuscha. Skądże znowu. Szaleństwo kontrolowane. Do tego pojawia się wspomniana we wstępie konsekwentna wnikliwość reżysera i odniesienie się do konsekwencji kapitalizmu. Człowiek nie musi umrzeć, żeby wyglądać na martwego. O duchowej martwocie, rozkładającym wartości materializmie prawi przez postać odseparowaną od współczesności zagraną przez Toma Waitsa, komunikującego się z przyrodą, niczym Duszejko z Pokotu Agnieszki Holland, tylko nie z tą powagą.

Bez prostego kaznodziejstwa, Jim Jarmusch tym razem nie umiejscawiając swoich refleksji w świecie wampirów, a symbolicznie wśród zombie, pokazuje pułapkę nadmiaru kończącą się wieczną tęsknotą za czymś, nienasyceniem, dezorientacją w otoczeniu wszystkiego, rozleniwieniem dostępnością i staniem się własnością w naszych rzeczy. Komedia zamienia się w specyficzny horror, ale dotyczący tego, jak nieszczególnie „atrakcyjnie” wygląda współczesny człowiek… i nie po powstaniu z grobu.

Jim Jarmusch sporo ryzykuje, tak bawiąc się z widzem i udając, że go zabawia. Z tym, który spodziewa się gazu łzawiącego, i z tym, który chce niekonwencjonalnego horroru. Z tym, który odbierze Jarmuscha tutaj jako popcornowego fircyka. Śmiertelnie proste? Nie, nieśmiertelne i skomplikowane. Sprytne, przewrotne, a mieszance figlowania z materią filmową i filozofowaniem daleko do położenia się na cmentarzu. Mamy nieustannie do czynienia z kimś wyjątkowym… może aż po grób. Truposze nie umierają zalatuje świeżością, nawet kiedy mowa o rozkładających się ciałach, świecie, duszy, wartościach wyższych rzędów.

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze 1

pajki_filmaniak 3

słaby horror aktorstwo doborowe szkoda że w takiej cieniźnie nie polecam walczyłem w kinie by nie usnąć

Współtworzą