Bohaterem jest były policjant Spenser, który pięć lat temu został wrobiony przez skorumpowanych kolegów i polityków. Po wyjściu z więzienia angażuje się w sprawę morderstwa dwójki swoich byłych kolegów po fachu. Wraz z swoim współlokatorem i byłym gangsterem Hawkiem i jego byłą dziewczyną Cissy rozpoczyna własne śledztwo, chcąc zaprowadzić winnych przed sąd.
Redaktor na FDB.pl oraz innych portalach filmowych. Pisze, czyta, ogląda i śpi. Przyłapany, gdy w urzędzie w rubryczce "imię ojca" próbował wpisać Petera Greenawaya.

Motorem całej historii są oczywiście klisze, dobrze znane z filmów VHS sprzed kilku dekad. 5

Nie ma sensu nagminnie krytykować kolejnych pełnometrażowych filmów z platformy Netflix. Tym bardziej, jeśli przyjmiemy, że serwis streamingowy stanowi kolejną generacją domowej dystrybucji, ta z kolei wywodzi się bezpośrednio z magnetowidów i kaset VHS. I takie właśnie jest Śledztwo Spensera – widowisko żywcem zatrzymane jakby w latach 80. i 90. ubiegłego wieku.

Śledztwo Spensera (2020) - Iliza Shlesinger

Rock’n’roll gra w duszach twórców Śledztwa Spensera, nawet jeżeli współcześnie jest to muzyka stojąca na skraju zapomnienia. Podobne miejsce w kulturowej świadomości widzów na pewien moment czekało również pulpową strukturę filmów, które zamiast trafić na duże ekrany, produkowane były wyłącznie z myślą o domowej dystrybucji na VHS-ach. A przecież warto pamiętać, że kasety magnetowidowe zrewolucjonizowały myślenie o kinie, nie tylko jako o pojedynczych seansach pod dyktando repertuarów, ale jako namacalnej materii, którą każdy może nabyć w sklepie i odtwarzać wedle własnego uznania. Chociaż w miarę upływu lat system kaset VHS trafił do lamusa, to jego miejsce zajęły najpierw płyty DVD, a teraz serwisy streamingowe. Podobnie sprawa wygląda z konwencją kasetowych filmów sprzed kilku dekad. Zamiast namacalnych nośników na taśmach magnetowidowych, trafiają one na platformę Netflix.

Istnieje spora grupa reżyserów, którzy sentymentalnie spoglądają w przeszłość kina, z nostalgią wspominając wypożyczalnie kaset VHS oraz oglądane wówczas filmy. Wśród nich prym wiodą oczywiście bracia Duffer, Quentin Tarantino i Robert Rodriguez. Nie można jednak zapominać o drugiej lidze twórców tego pokroju. Tam odnajdziemy m.in. Petera Berga - reżysera Śledztwa Spensera. Dodając zatem wspomnianego twórcę do medium, w ramach którego przyszło mu nakręcić swój najnowszy film, otrzymamy przewrotne widowisko sensacyjne z czasów minionych.

Śledztwo Spensera (2020) - Mark Wahlberg (I)

Rzeczywistość Śledztwa Spensera wygląda tak, jakby zatrzymała się najpóźniej w latach 90. ubiegłego wieku. Tytułowy bohater jest byłym gliną, który właśnie opuszcza mury więzienia. Długo nie może nacieszyć się upragnioną wolnością. Seria niefortunnych zdarzeń sprawia, że Spenser będzie musiał ustanowić nowe prawo, kierując się własną moralnością i służbą w sprawie dobra zwykłych obywateli. Równocześnie przeciwstawi się bostońskiej policji oraz tutejszym kryminalistom - mówiąc krótko: z własnej woli zostanie przyparty do muru. Na szczęście grupa przyjaciół będzie potrafiła wyciągnąć go z największych tarapatów. W tym aspekcie Śledztwo Spensera sięga po klasyczne chwyty buddy movies, nawet najbliższy “dude” głównego bohatera jest czarnoskóry, jak miało to miejsce w Zabójczej broni albo Facetach w Czerni. Motorem całej historii są oczywiście klisze, dobrze znane z sensacyjnego kina sprzed kilku dekad. Szczęśliwie reżyser przełamie je w kilku momentach intrygującą dekonstrukcją gatunkową. Sam Spenser nie ma takiej siły sprawczej, jak mogłoby się wydawać po bohaterze inspirowanym Norrisem, Willisem albo Van Dammem. Grający go Wahlberg w bardzo przewrotny sposób przypomina Józefa K. z powieści “Proces”, wplątanego w serię irracjonalnych zdarzeń, wobec których jest całkowicie bezsilny. Wszystkie istotne elementy fabuły Śledztwa Spensera dzieją się za plecami tytułowego bohatera. Ten musi się im poddać, inaczej nie rozwiąże intrygi nudnej i przewidywalnej od samego początku trwania widowiska. Żaden z niego Sherlock, co najwyżej Watson ze specjalizacją: przeciętny wojownik.

Peter Berg sprawnie żongluje cytatami z buddy movies, kina policyjnego, a nawet kung-fu. Tworzy widowisko ciężkostrawne w trakcie samotnego seansu, nabierające rumieńców dopiero przy wspólnym oglądaniu całego filmu. W pojedynkę nie można się bowiem w pełni nacieszyć każdą głupotką w scenariuszu i każdym potknięciem fabularnym, a potem podzielić się nimi z resztą widzów. Tych błędów jest tutaj na pęczki. Podobnie zresztą jak drugoplanowych bohaterów. W pewnym momencie stwierdziłem nawet, że Śledztwo Spensera niemal w całości składa się z ekspozycji drugo- czasem trzecioplanowych postaci. Nie ma się co dziwić, skoro każda z nich jest znacznie bardziej wyrazista od tytułowego Spensera.

Śledztwo Spensera (2020) - Mark Wahlberg (I)

Wahlberg jest etatowym aktorem Berga. Razem nakręcili Deepwater Horizon, Eskortę sprzed dwóch lat oraz jeszcze sześć innych filmów. Niestety, aktor udowadnia w najnowszym filmie braki warsztatowe. Jego mimika pozostaje niezmienna przez większość czasu, co najwyżej zmienia mu się ilość blizn i siniaków na twarzy.

Znacznie lepiej wypadają postacie drugoplanowe. Iliza Shlesinger bez zająknięcia odnajduje się w roli silnej, niezależnej byłej dziewczyny Spensera. Każdą scenę kradnie natomiast cudowny Alan Arkin jako Henry - sędziwy, ironiczny mentor głównego bohatera.

Śledztwo Spensera (2020) - Winston Duke

Filmy Netflixa nie zawsze stanowią kino festiwalowe, nastawione na międzynarodowe nagrody. Czasem platforma wypuszcza tytuły nostalgiczne, sięgające swoją historią, narracją czy stroną techniczną do czasów wypożyczalni VHS-ów. Tak sprawa wyglądała w przypadku 6 Underground, tak też sprawy mają się ze Śledztwem Spensera. Nie ulega wszelkich wątpliwości, że oba wspomniane tytuły cierpią na poważne braki. Każdy z nich ogląda się jednak świetnie w towarzystwie, na kanapie własnego mieszkania, kiedy można skomentować poszczególne sceny albo scenariuszowe błędy. Ze względu na swoją specyfikę, w kinie byłoby to niemożliwe. Do tego cudowna, samoświadoma puenta całego Śledztwa Spensera niemal cytuje Gombrowicza: “koniec i bomba, a kto widział, ten trąba”.

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 2
MARTIN007 5

Jak zawsze film Netflixa i to bardzo średnio. Obsada nie ratuje,obraz taki bezpłciowy. Nie wie czym chce być, mocny thriller czy zabawna sensacja.

i_darek1x 4

Taki sobie kryminał i jeden były gliniarz sprawiedliwy ;) Najprawdopodobniej kontynuacja będzie ? Szału nie ma !

Więcej informacji

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dzwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Proszę czekać…