Recenzja: Suburbicon 1
Pieczątką braci Coen jest przystawianie nam do twarzy, w bardzo zgrabny i filmowo urodziwy sposób, lusterek, które są bardzo szczere i prawdomówne – nawet jeżeli w formie wyglądają na przerysowane – to tylko dla zwielokrotnienia tezy: dla człowieka nie ma nadziei. Suburbicon znowu naświetla ludzi, którzy z własnej winy, prowokowani najczęściej paskudnymi cechami charakteru, wmanewrowali się w sytuacje bez wyjścia. Wychodzi twórcom to elegancko, mądrze, konsekwentnie, trochę takie the best of ich wyobraźni i bezczelności wyreżyserowanej przez Georgea Clooneya, któremu również w filmie zabawa ludzkim gatunkiem sprawia ogromną przyjemność i idzie mu to doskonale.
Lata 60., mamy miasteczko o nazwie Suburbicon – wygląda z daleka jak schowana pod kloszem enklawa, gdzie słońce zawsze świeci, wszyscy mają ubrania wyprasowane i nikt nie bywa w złym humorze. Niemalże jak miasteczko z Edwarda Nożycorękiego. Idyllę w jakiej żyją, a przynajmniej są o tym przekonani, naszym bohaterom zakłóci pojawienie się czarnoskórej rodziny. Rozpocznie się niemalże polowanie na czarownice i przekonanie, że wszystko co się złego stanie w tym american dream, to wina "innych". Kiedy na dom Gardnera i Rose (niepełnosprawnej z powodu wypadku) oraz ich dziecka Nickiegio napadną dwaj złodzieje, oczywiście miasto obwini za to czarnoskórych, a najciemniej jest właśnie pod latarnią…
Rose niestety umiera w wyniku napadu, otrząsnąć się po stracie ojcu i synowi pomaga jej siostra – Margaret. Tak przynajmniej nam się wydaje. Jednak w pewnym momencie czujemy, jakby ktoś zaczynał zdejmować makijaż z twarzy rodziny, sytuacje eskalują i ze świetnie rozplanowanym absurdem i groteską dowiemy się, jak w sytuacjach dramatycznych wypełzają z człowieka najgorsze cechy, instynkty, by przetrwać. Prześwietlenie daje okropne wyniki – panuje znieczulica społeczna, strach przed „innym”, chciwość, a w żyłach ludzi płynie obłuda i modlenie się o ułudę, by trwała i nie przestawała.
Film ten też z umiejętnie rozłożonym, ekscentrycznym humorem doskonale i wybitnie zabawnie, wykpiwa amerykańskie społeczeństwo, dekonspiruje wykrochmalone koszule i bezpieczne, białe werandy, których szczebelki są bardzo chwiejne. Wjeżdża pługiem na świeżo wykoszone i posprzątane trawniki i nawet nie robi rozróby – bohaterowie sami sobie doskonale radzą z ujawnieniem, jak sobie nie radzą.
Pojawia się w Suburbiconie też wątek wcześniej wspomnianej czarnoskórej rodziny, która wprowadza się do "idealnego" miasteczka. Nicky ma zakaz od ojca zabawy z czarnoskórym chłopcem. Są traktowani jak pasożyty, które zagrażają społeczności (tej, która przygląda się, w bezruchu, włamaniu do rodziny Gardnera, a potem w kółko jak marionetki powtarza: „wielka strata…”). Twórcy budują to wszystko dodając wątki mafii, kryminalne. To taka kolejna ich pozornie niewinna historyjka, gdzie bohaterowie puszczeni wolno, zamiast filmu obyczajowego, tworzą prawdziwą makabrę. Aż poleje się krew, a ta się w pewnym momencie już się nie odpierze.
Ta rasowa czarna komedia udaje się na wielu stopniach, a nie czujemy zmęczenia wspinaczką po kolejnych, bo jest to kino płynne, zgrabne z głębokim workiem pomysłów i przemyconą, nieciężkostrawną refleksją nad egzystencjalizmem. Suburbicon to kino, na którym się śmiejemy, ale tak naprawdę z nas samych i z sytuacji, która niechcący dotarła do ekstremum, a wcale nie miała. To wiercenie dziury w brzuchu przez nich to nie łaskotki, a rzucenie w przestrzeń pytania: a jak ty byś się w takiej sytuacji zachował/zachowała. W tym wesołym miasteczku trafiamy na diabelski młyn lub do domu strachów.
Ocena: 8/10
Zgadzam się – jest przewidywalny na poziomie kryminału, intrygi, oczywiście, ale to tylko dla mnie podkreśla indolencję intelektualną i nieporadność bohaterów. Satyra na amerykańskie społeczeństwo i postępująca masakra w jednej z tych "dobrych rodzin" jest zachwycająca – co domek to potworek.