Równie nieokrzesany i zabawny w tonie absurdalnym i koszarowym co część pierwsza (zresztą kilka gagów się powtarza), jednak dla odmiany efektowniejszy, spojony ciekawszą fabuła i w końcu z ciekawymi przeciwnikami. Nic tylko załączyć dubstep i jazda!
Wiele rzeczy mogło pogrążyć ten projekt – zestawieni postaci typowo komediowych z tymi bardziej dramatycznymi w takiej ilości to nie lada wyczyn. Fabuła filmu do wymagających raczej nie należy, ale całemu projektowi przyświecały wielkie ambicje zawiązania najważniejszych wątków i postaci z 20 filmów w jednym, satysfakcjonującym dziele rozrywkowym, które będzie ukoronowaniem tej drogi. I o dziwo – udało się! Znalazło się miejsce i na dramat, i na humor, i na spektakularne sceny akcji, jak i na momenty wyciszenia pokazujące postaci z krwi i kości.
"Infinity war" jest tym dla MCU, czym "Imperium kontratakuje" było dla "Gwiezdnych wojen" – świetną, emocjonującą kontynuacją wprowadzającą wiele świeżych elementów i sprawiającą, że będziemy wyczekiwać kolejnych części tej historii z zapartym tchem. Oby tylko kolejna część nie stała się dla serii "Powrotem Jedi"!
O ile pierwszy sezon nie był najlepszy, a Tillowi brakowało charyzmy i uroku R.D.Andersona, to jednak był w tym pomysł na odświeżenie serialu, wprowadzenie niezłego wątku głównego i ładne zamknięcie sezonu. (6,5/10)
Drugi sezon to już zwykłe "NCIS: MacGyver" dla dzieciaków, pozbawione ciekawej klamry i z dramatycznie infantylnymi opisami miejsc akcji (wiedziałem że oglądam głupi serial, ale przypominanie o tym co parę minut irytuje). (4/10)
Niekompetencja załogi nie byłaby tak zabawna, gdyby w pierwszych minutach filmu nie powtarzano jak mantry "pamiętajcie o procedurach".
Scott dezerteruje z wątku inżynierów i próbuje odtworzyć gęstą atmosferę z "Obcego" – niestety w karykaturalny sposób, bo zamiast starcia inteligentnych ludzi z bystrą bestią pokazuje rzeź nieostrożnych wycieczkowiczów w kolejnych atakach nadaktywnych stworków. Dla Scotta liczą się tylko androidy i tylko na nich skupia swoją uwagę. Zamiast horroru z ambicjami powstał kolejne campowe guilty pleasure ze świetną stroną techniczną i fabułą rodem z SyFy channel.
Początki Lary Croft – tym razem obdarzonej brawurą i charyzmą Alicii Vikander. Więcej łagodnego survivalu, niż magicznych artefaktów, ale plądrowania grobowca również nie zabraknie. Udany restart, ale większy rozmach w kontynuacji byłby wskazany.
Przykład kontynuacji gorszej w każdym aspekcie od oryginału, ale wciąż dającej frajdę. Postaci papierowe jak w oryginale, walki nie mają tego klimatu, więcej robotów niż potworów, a i powtórek z oryginału sporo. Tym niemniej to nadal lepsze widowisko od większości "Transformers" z fajnymi postaciami, drobnymi twistami i gargantuicznymi potworkami dostającymi łomot po pyskach od wielkich maszyn. Oby powstała i trójka!
6,5 // Nawet niezły pomysł i dobrych kilka ostatnich odcinków (w tym finał) ale ilość niewiarygodnych sojuszy zawiązanych na starcie była rażąca.
widzianych kilkadziesiąt przypadkowych odcinków – rozstrzał naprawdę spory od całkiem wtórnych i nijakich do naprawdę fajnych i pomysłowych.
Obejrzane pół 1-ego sezonu. Ci uczniowie i ich prywatne dylematy są dla mnie tak mdłe, że kompletnie straciłem zainteresowanie zamachowcami. Coś tam się działo,więc ok. 6/10
obejrzanych sezonów – 1 // Nie wciągnął mnie. Pierwsze odcinki są mocno schematyczne, w kolejnych zaczyna się pojawiać główny wątek, który trochę ratuje serial.
Proszę czekać…