Zapomniałem wspomnieć o ciekawym nawiązaniu do odcinka pilotażowego, a szczególnie do jego końca. Po pierwsze pierwszemu odcinkowi towarzyszyła piosenka "Waiting", co jest pewnym odniesieniem do końcowego epizodu, a po drugie takie drobiazgi jak: ujęcie w lusterku bocznym samochodu biegnącego Nate’a czy przedstawienie w śnie Brendy kobiety Nathanielowi Sr.
"You can’t take a picture of this. It’s already gone" – Spoilery.
Brak mi słów, by opisać ostatni odcinek tego genialnego serialu. Ponad godzinny epizod bez wątpienia jest arcydziełem i wielkim dokonaniem telewizji poprzedniej dekady.
Na początek może napiszę, że kilka sezonów wstecz zastanawiałem się jak będzie wyglądał finał serialu. Jedyne co przychodziło mi na myśl to śmierć któregoś z głównych bohaterów i pogrzeb. Jednak takowy odcinek z pogrzebem Nate’a mieliśmy wcześniej przed finałem (odcinek "All Alone"). Po tym właśnie epizodzie zastanawiałem się w jak inaczej twórcy wybrną z zakończenia serialu, który przez całe 5 sezonów nie zniżał lotów.
Twórcy jednak zaczęli odcinek inaczej niż zdecydowaną większość innych. Zamiast śmierci widzimy tutaj narodziny dziecka (córka Brendy). Przez chwilę nawet byłem pewny, że to Willa umrze i to właśnie ją będziemy podczas epizodu opłakiwać. Zaraz po narodzinach dziecka następuje jedna z jednych najbardziej emocjonalnych scen ostatniego odcinka, kiedy to Ruth decyduje się, że Maya zamieszka u Brendy. Inna sprawa, że jakiś czas później Ruth wpadnie w doła.
Rewelacyjna jest także sekwencja snu, podczas której David próbuje przezwyciężyć dawne traumy i uświadamia sobie, że tym, czego boi się najbardziej jest on sam.
Do tego po śmierci Nate’a obserwowaliśmy go jako ducha, bardzo zgorzkniałego (może oprócz rozmowy z Claire z poprzedniego, podobnego do ojca. W śnie Brendy Nate jednak daje wyraz swojej miłości do nowo narodzonego dziecka. To kolejna jedna z wielu naprawdę bardzo emocjonalnych scen odcinka.
Największe momenty jednak twórcy pozostawili na koniec ostatniego odcinka. Ostatnie 15 minut to naprawdę cudowne przeżycie, które myślę, że wpłynie na każdego, który 5 sezonów spędził z rodziną Fischerów. Niejako koniec zapowiada kilku sekundowa sekwencja z Nate’em śpiewającym "I Just Want to Celebrate". Później następuje pożegnanie Claire z matką, z którą w końcu się godzi i Davidem. Następnie dziewczyna wsiada w auto i odjeżdża… i tutaj zaczyna się najbardziej nieziemski moment. Podróż zmienia się niejako w wizję przyszłości rodziny i ich znajomych. Świetnie komponuje się to szczególnie z chwilę temu wypowiedzianym przez Nate’a słowami "Pospiesz się, wszyscy już czekają". A może to nie wizja, może to fatyczne wydarzenia, które nastąpiły. Jedno jest pewne – Alan Ball po raz kolejny pokazuje kruchość życia, sprowadzoną tutaj do dwóch liczb stojących przy nazwisku zmarłego, mówiąc jednocześnie, może trochę trywialnie, korzystaj z życia, nie odwrócisz czasu.
Myślę, że o lepszym zakończeniu tej niezwykłej serii nie można było nawet śnić.
Wstrząsający – Wielu współczesnych twórców mogłoby wziąć przykład z głośnego filmu Folmana, jak kręcić kino wojenne, społecznie zaangażowane. Całość ubrana w formę wielu wywiadów jest naprawdę przekonywująca, emocje bohaterów, mimo, że animowanych wydają się bliższe rzeczywistości aniżeli w niej jednej produkcji dokumentalnej.
Najbardziej jednak podoba mi się to, że reżyser ani nie mitologizuje, nie uwzniośla swojego udziału w wojnie, ani swoich kolegów, lecz przeciwnie. Już na początku filmu mamy przedstawioną sekwencję, gdzie to młodzi, niedoświadczeni żołnierze oddają serię strzałów w niewinną rodzinę w samochodzie. Animacja z filmu jest wykonana w naprawdę bajeczny sposób.
Reżyser swobodnie operuje środkami, akcentując szczególnie bardzo liryczne momenty, jak np. fantazje bohatera o wielkiej kobiecie i zaraz po tym wybuchu statku czy taniec reportera wśród nabojów. Zabrakło mi jakiegoś rozwiązania całej akcji, komentarza do zdarzeń, które obserwowaliśmy przez całą animację. Musiał za to starczyć nam materiał nagrany w tamtym okresie.
8+/10
Całkiem nieźle to wygląda, tylko chyba moja wytrzymałość do filmów kręconych z ręki pomału się kończy.
Fakt szkoda samochodu. Nie wiem czemu, ale od początku miałem nadzieję na scenę z plakatu piątego sezonu, na którym Claire jedzie gdzieś w bezdroże. Z muzyką jaką dobierają twórcy (chociażby tym utworem z tego odcinka) byłby to piorunujący efekt.

"Stop listening to the static." – Ten odcinek zdecydowanie należał do Claire. Momenty od emocjonalnej rozmowy z Natem, gdzie pada wyżej wspomniany cytat po wypadku samochodowym, po którym dziewczyna zaczyna płakać faktycznie chwytają za gardło i pokazują zagubienie bohaterki. Nie tylko Claire przeżywa tu trudne chwile – David nadal cierpi na ataki paniki, Brenda nie jest w pełni zdecydowana co ma być z Mayą, a taże z Billym. Na koniec świetny utwór muzyczny (The Arcade Fire – Cold Wind), znakomicie komponujący się z dramatyczny zakończeniem.
8/10 – Niekonwencjonalne spojrzenie na życie legendy muzyki, Boba Dylana. Nietypowa biografia, nie tylko ze względu na to, że w postać wciela się kilka różnych aktorów, ale także przez liczne surrealistyczne momenty, liczne stylizacje i wiele nawiązań do popkultury i współczesnej historii.
Niewątpliwie siła filmu tkwi w znakomitym scenariuszu, który łączy losy pozornie odmiennych postaci, dając pełniejszy obraz skomplikowanej osobowości Dylana. Rewelacyjnie reżyser poprowadził aktorów, którzy wcielili się w kolejne wcielenia muzyka. Do tego film pełny różnych utworów Dylana, świetnie odzwierciedlających stan bohaterów na daną chwilę (moja ulubiona sekwencja – http://www.youtube.com/watch?v=Dc-42Y17ejQ).
Szkoda, że mało dzisiaj w kinie tak nietypowych biografii, nietrącających o banał i wpisujących się w dobrze znane schematy. Świetny film!
Niesamowite są faktycznie te wszystkie momenty. Świetny był również motyw retrospekcyjny Claire, które podczas pogrzebu usiłowała przypomnieć sobie miłe chwile z Natem i przed jej oczyma stanęła scena kiedy to starszy brat rozpaczał po śmierci Kurta Cobaina.
Jestem po 3 pierwszych odcinkach dziewiątej serii i niestety muszę się zgodzić, że kontynuowanie serialu nie było dobrym pomysłem. Nie mam ochoty już drążyć dalej tej nieudolnej próby reanimacji serii. Chyba jedynym powodem przebrnięcia przez ostatni sezon jest dla mnie udział Zacha Braffa.
Urzekający – Kiedy w poprzednim odcinku na koniec zobaczyłem białą tabliczkę informująca o śmierci Nathaniela miałem nadzieję, że twórcy raz jeszcze jak w pierwszym odcinku trzeciego sezonu (gdzie Nate potencjalnie umiera) za szybko ogłosili śmierć bohatera. Pierwsze jednak minuty "All Alone" nie zostawiają złudzeń…
Od praktycznie początku czekałem na właśnie taki odcinek. Bo wiedziałem, że będzie arcygenialnym tematem. Niełatwym i rozliczeniowym. Wprawdzie umierały już osoby bliskie głównym bohaterom (szczególnie Nathaniel Sr., lecz jego śmierć aż tak nie wstrząsnęła widzem z uwagi na pilotażowy odcinek), lecz twórcy nie poszli tak daleko, by uśmiercić czołową postać.
O ile pogrzeby z poprzednich sezonów oglądaliśmy, z kilkoma wyjątkami, bez większych emocji (były raczej tłem do problemów Fischerów), ten śledzimy z zapartym tchem i naprawdę w nim uczestniczymy. Mało odcinków niesie za sobą taki bagaż emocjonalny jak ten. Każda z postaci radzi sobie z traumą na własny sposób, jednak w gruncie rzeczy nie zmieniają swojego nastawienia (Claire przybywa na pogrzeb w ubraniu codziennym, David musi sobie poradzić z demonami przeszłości).
Proszę czekać…