Mistrzowski koniec – Lubię wracać do wielu odcinków, szczególnie do ich zakończeń, które zazwyczaj zawsze opierają się na tym samym schemacie – powiązaniu problemów wszystkich bohaterów, świetnie dobraną muzyką i monologiem JD. Cała druga część "My Finale" jest właśnie w taki sposób wykonana.
Przechadzka głównego bohatera po szpitalu zmienia się dla niego w serie wspomnień (w końcu Dorian przyznaję się cieciowi, że to on w pierwszym odcinku włożył monetę w drzwi), wyznań, na które tak czekał (tutaj prym wiodła Carla i dr Cox). Rewelacyjna również była wizja na koniec odcinka z piosenką "Book of Love" i przejście przez korytarz szpitala, gdzie znajdowały się postacie znane z wcześniejszych sezonów.
Mistrzowskie zakończanie.
6/10 – Zdecydowanie najsłabszy odcinek z serii. O ile każdy z poprzednich pięciu odcinków prezentował odrębną historię, ten jest jakby autoparodią, skupia się na powtarzaniu schematu pełnometrażowych "Clerksów" z 1994 r. Dowcipy strasznie nierówne – od wkurzających na potęgę wątku bliźniaczek (parodia filmu "Dziwolągi") do świetnego motywu nawiązującego do wówczas bardzo popularnego "Matrixa". Ostatnie pięć minut to coś w rodzaju "róbmy co chcemy, zaanimujmy twórców serialu i tak już kończymy".
Serial, oprócz ostatniego odcinka, jest naprawdę dobry. Choć większość odcinków została wyreżyserowana nie przez Kevina Smitha, to i tak czuć tutaj ducha jeyrseyowskiego klimatu rodem z jego filmów z lat 90. Szkoda tylko, że tak mało znany.
9/10 – Początek końca. Cóż można napisać – świetny odcinek. Jedyne do czego można się przyczepić to to, że na koniec wciśnięto nowych stażystów (dobrze, że tylko występują w jednej scenie). Świetnie dobrana piosenka otwierająca epizod (Snow Hey Oh Papryczek) i krótkie wspomnienia JD jego pierwszych dni w szpitalu.
7/10 – Nie lubię kiedy twórcy robią z odcinków South Parku jedne wielkie musicale (najlepszym przykładem jest mało udany ich film pełnometrażowy z ’99), jednak w tym wypadku wyszło całkiem strawnie, może dlatego, że pomysł wyjściowy był tak strasznie absurdalny. I choć praktycznie brak tu niektórych postaci, to wątek z ojcem Stana wraz z "nawróconym" weganem trzyma fason. Na plus także parodie niektórych realnych postaci, m.in. Eltona Joha.
Nawet nie tylko typ, ale i w ogóle tytuły odcinków także się nie zmieniają. Przykład:
> derik1984 o 2011-10-28 13:37 napisał:
> z tego co wiem to poza znanymi
> Nick Fury (1998)
> Człowiek pająk podejmuje walkę (1978)
> Doc Savage: Człowiek ze spiżu (1975)
> Kapitan Ameryka (1979/I)
> Kapitan Ameryka II (1979)
> Kapitan Ameryka (1990)
> kilka hulków
Pewnie dlatego mało znane, że prezentują taki ekstremum kiczu, że mało kto jest w stanie to wytrzymać.
Polecam recenzję Nostalgia Critica filmu Kapitan Ameryka z 1990 r.
http://www.youtube.com/watch?v=ZYkpjciDLWk
Tyle mniej więcej trwa postprodukcja superprodukcji jak ta.
Ja ten poprzedzający odcinek jakoś dobrze wspominam. Co prawda drastycznie różni się od pozostałych, nie tylko klimatem bardziej jak z "Dextera" (tyle, że tutaj Hall jest ofiarą :)), ale ważny z tego co pamiętam dla rozwoju akcji, bo David przez długi czas nie może się po tym pozbierać.
A posiłki w serialu faktycznie są rozbrajające. Szczególnie utkwił mi w pamięci ten z Nikolajem i jego modlitwą.
Uwielbiam szczególnie z tego odcinka scenę, w której Claire wraz ze znajomymi śpiewają piosenkę Death Cab For Cutie. Coś niesamowitego!!
Na pewno ścisła czołówka czołówka :) Szkoda tylko, że pięć sezonów i moja przygoda z Fischerami pomału dobiega do końca, jednak z drugiej strony dalsze kontynuowanie mogłoby źle się odbić na serialu i zrobić z niego zwykłego tasiemca.
Proszę czekać…