Może to i dobrze. Podobno producenci nie mieli pomysłów na fabułę. Obok pomysłów takich jak umiejscowienia fabuły w Meksyku (kartelem przemycającym dzieci), pojawiła się nawet idea przerobienia filmu na science fiction, gdzie pan John miałby toczyć walkę z mutantami żołnierzami (absurd jak dla mnie!).
A na "The Expendables" myślę warto czekać! Wierzę, że Stallone tchnie w ten film klimat dawnych obrazów akcji ze wspaniałym klimatem i gronem podstarzałych, bo podstarzałych, ale twardzieli :)
@ MegaTM:
W takim razie czemu oceniasz ten film?
Premiera dopiero za 2 lata, a tu już cztery głosy i zapewne do samej premiery namnoży się tu ich kilkakrotnie…
Trzeba przyznać całkowitą rację. Szkoda, że przez takie elementy jak fatalny dźwięk tracą na wartości obrazy, które próbują się wybić ponad poziom przeciętności (na przykład w takich "33 scenach z życia" z częścią dialogów, przynajmniej ja, miałem naprawdę duży trud wychwycenia przekazu). W Polsce mamy wielu naprawdę dobrych operatorów, kompozytorów, a brak dźwiękowców. Nie wiem z czego to wynika…
A mi właśnie nowy wizerunek Stopklatki się podoba. Tak naprawdę część zarzutów, które przedstawiłem na temat tego portalu w tym momencie mogę odwołać – lepiej zagospodarowano wolną przestrzeń i dodano niebieskie tło (na białym po przeczytaniu jakiegoś dłuższego artykułu oczy odmawiały posłuszeństwa!) oraz wprowadzono wiele nowych zakładek i elementów, które pozwalają łatwiej odnajdywać informacje użytkownikom.
A Filmweb to trzeba przyznać strona z mocną pozycją, jednak zmierzająca w drastycznie złym kierunku. Po wprowadzeniu zbyt bajeranckiego i chaotycznego designu raczej rzadko tam będę zaglądał.
No fajnie, nareszcie doczekał się dystrybutora i premiery (zapowiedziana na maj). Tylko pozostaje czekać na kolejny film Coenów :)
Paranoja… Wszędzie 3D, jakby było jakąś wyrocznią ;/
Poproszę argument/-y. Tylko proszę nie pisać, że film nudny, nużący, męczący, bo takich sformułowań pełno tutaj na forum. W "Więźniu nienawiści" (tytuł – sic!) obserwowaliśmy przemianę głównego bohatera, tutaj w "Fanatyku" mamy kompletnie inną fabułę. Danny, grany przez bardzo dobrego Goslinga do końca nie wierzy w słuszność racji żadnej ze stron (o czym może świadczyć bardzo sugestywne zakończenie).
7/10 – Na początek warto byłoby odwołać się do porównania powstałej 4 lata po tym filmie remake’u Martina Scorsese – "Infiltracja". Zadanie to dość trudne, bo oba filmy stoją na podobnym, wysokim poziomie. Jednak, gdybym miał osądzać chyba lepszą wersją okazałaby się "Piekielna gra". Film Scorsese’a jest za to bardziej rozrywkowy i łatwiejszy w odbiorze. Pierwowzór jednak oferuje widzowi pokaźną dawkę napięcia i szoku (im bliżej zakończenia). Trochę denerwowały mnie ckliwe momenty (np. po zabójstwie pracodawcy Keunga) z jeszcze bardziej ckliwszą muzyczką w tle.
Powiew świeżości –
Gatunek komedii romantycznej to gatunek jednocześnie połyskujący i zakurzony. Połyskujący dlatego, że wciąż cieszy się sporym powodzeniem wśród współczesnych widzów, oferując im przelewającą się schematyczność i landrynkowość. A czemu "zakurzony"? Ano dlatego, że jak daleko sięgam pamięcią, dawno nie powstał film z tego kanonu, który chociaż przez moment oderwałby się z wszystkich tych sztampowych elementów.
500 dni miłości to debiut reżyserski pana Marca Webba, który dotychczas kręcił teledyski i wideoklipy. Debiut tak dobry, że można spokojnie go przyrównać z pierwszorzędną robotą Tarantina przy Wściekłych psach czy chociażby Powrotem Zwiagincewa.. Ale może pójdę w innym kierunku. Film Webba to odstąpienie od wszelkich standardów, schematów, obowiązujących dotychczas we wszystkich miłosnych komedyjkach. Już na samym początku filmu nawet sam narrator ogłasza, że nie będzie to historia miłosna…

Krótko o fabule. Główny bohater, niejaki Tom (świetny Joseph Gordon-Levitt), jest typem romantyka, melancholika, który wciąż oczekuje na swoją idealną "drugą połówkę". Wychowany został na brytyjskich piosenkach i złej interpretacji Absolwenta Nicholsa. Ma 20 lat i pracuje pisząc życzenia do kartek. Pewnego dnia w pracy pojawia się piękna Summer (bardzo dobra Zooey Deschanel), w której Tom bezgranicznie się zanurza. Razem tworzą wręcz zdjęcie z obrazka. Jednak Summer nie wierzy w miłość… I tutaj zaczynają się schody.
Webb, jak napisałem, obalił wszystkie możliwe stereotypy związane z tym gatunkiem. Reżyser całkowicie zmienia punkt widzenia – odwraca rolę. Zamiast rozhisteryzowanych dam mamy tutaj Toma, chłopaka, który bardzo emocjonalnie przeżywa wszelkie nieporozumienia i kłótnie z Summer. Chłopak idealizuje dziewczynę, przy tym cały czas jest przekonany, że to ta jedyna, pisana właśnie mu. Marc jednak rozwiewa jego mit. Czyni to w sposób humorystyczny z zachowaniem dobrego smaku. Dużo tutaj także odwołań do kina, poczynając od fragmentów Absolwenta, po Annie Hall (podobieństwo charakterów Summer i Annie jest niebywałe!) czy krótką parodie filmów Bergmana (Persony i Siódmej pieczęci).

Film Webba to swoisty manifest na propagowane przez media gotowe wzorce zachowań. W filmie pojawia się scena, w której zdesperowany Tom porzuca pracę, której nie lubi, wygłaszając przy tym monolog o faszerowaniu nas, odbiorców mass-mediów zalewem sztucznych, kolorowych i nic nie znaczących gotowych "odpowiedzi" na wszystko. Właśnie te elementy niszczą nasze ideały, którymi powinniśmy się kierować, a podsuwają gotowe schematy postępowania. Reżyser tym samym uświadamia nam, że poprzez te sztywne ramy tracimy naszą zdolność racjonalnego myślenia, naszą uczuciowość i romantyczność. Jednak Webb nie skreśla uczucia jakim jest miłość. Twierdzi, że jest jak najbardziej możliwa (żaden tam Święty Mikołaj!), ale na drodze przebytych doświadczeń.
500 dni miłości jak na film o stosunkowo niskim budżecie sprawdza się nad wyraz dobrze. Aktorzy zostali bardzo dobrze poprowadzeni, ich postacie długo zapadają w pamięć. Na ekran ani przez chwilkę nie wkradła się sztuczność ani pretensjonalność. Szczególnie dobrze wypadł Gordon-Levitt, którego dotąd mało widziałem na ekranie, a w tym filmie przekroczył samego siebie. Stworzył nietypowego melancholika, który ciągle szuka miłości. Rola ta przyniosła mu nominację do Złotego Globa i szkoda, że zabrakło nominacji do Oscara. Także dobór piosenek pozostaje w moich oczach niezwykle trafny. Rytmiczne, wpadające w ucho sprawiają, że mamy niekiedy wrażenie, że oglądamy jeden wielki teledysk. Rzadko się zdarza, że twórcy decydują się "wstawić" utwory klasyczne (tutaj The Smiths czy Simon & Garfunkel) w naszych czasach, gdzie króluje bezmózgi hip-hop i inne Dody i Lady Gagi…
Twórcy tego cudownego filmu udowadniają, że można w sposób przejrzysty opowiedzieć historię miłosną, bez jakiś zapierających dech w piersiach krajobrazach w tle, całej gamy światowych gwiazd i multum postaci. Jedynie dobry smak, inteligencja i niezwykłe poczucie humoru wystarczą by w sposób niebanalny opowiedzieć historię romantyczną. Z wdziękiem i gracją! Tylko film i aż tylko!
PS. Publikuję wcześniej zamieszczoną reckę na forum w razie jakiś pytań, sugestii etc.
8/10 – Cudny film! Piękny, subtelny, wzruszający (scena odwiedzin w szpitalu umierającej Emmy), momentami zabawny (przejażdżka Garreta i Aurory). Po tak pozytywnym seansie jestem w stanie przymknąć oko na przesłodzenie niektórych scen (stąd tyle gwiazdek). Świetne ukazane relacje rodzinne, różne zachodzące metamorfozy bohaterów. Żywy, naładowany uczuciami, emocjami, bardzo nastrojowy obraz rewelacyjnie zagrany (aż 4 osoby z obsady były nominowane do Oscara; dwójka otrzymała statuetki).
Przepiękny temat muzyczny: http://www.youtube.com/watch?v=YnxfDuxaRzA
Powstała także kontynuacja obrazu: http://fdb.pl/film/508-czule-slowka-ciag-dalszy
Proszę czekać…