A co nosi bohater na czwartym zdjęciu od góry, jak nie pelerynę?
Zabójczo nieciekawie – W filmie pt. "Idiokracja" z 2006 r. jest scena, w której w kinie na widok pierdzącego tyłka widownia kona ze śmiechu. Czemu o tym wspominam? Otóż w debiutanckim filmie Cezarego Pazury jest podobna scena, w której w windzie jeden z mężczyzn puszcza bąka. Przeglądając różne fora natknąłem się na wiele wpisów, w którym użytkownicy relacjonowali podobną reakcję co na początku wspomnianym filmie "Idiokracja" u polskiej publiki.
Kiedy pierwszy raz obejrzałem zwiastun produkcji wyglądał on irracjonalnie, nielogicznie już na poziomie najprostszej promocji filmu, a ponad to podpierając się nic nie mającymi ze sobą wspólnego filmami jak "Pulp Fiction", "Matrix" czy "Casino Royale". I taki faktycznie film twórcom wyszedł. Pozbawiony najmniejszej logiki, z postaciami, z którymi naprawdę trudno jest się sympatyzować i im kibicować.
Głównym problemem filmu jest to, że twórcy traktują go za bardzo na serio. Mimo, że czasami trafi się jakiś nieudolny żart to i tak nie próbują nawet pójść w stronę pastiszu kina akcji. Tak chwalone sceny akcji (jakoby pracowała nad nimi cała ekipa "Casino Royale", a pewnie w produkcję włączony był asystent asystenta jakiegoś technika) prezentują się naprawdę mizernie. Wszystko w paskudnym slow motion, a na dodatek powtórzono zabieg z "Dublerów" z 2006 r. z ujęciami wystrzelonych pocisków.
Przez pierwszą godzinę kompletnie nie wiadomo dokąd zmierza akcja. Zdarzenia są przypadkowe, fabuła całkowicie niespójna i dziurawa. Żadnej puenty, za to na siłę dodane żałosne wręcz nawiązania do kina Tarantino od niemalże identycznych ujęć (zza pleców Małaszyńskiego i Lewandowskiego czekających przed drzwiami jak z "Pulp Fiction") po fetysz stopami kończąc na kopii sceny ze "Wściekłych psów" – tortury połączonej z tańcem.
I trudno uwierzyć, że reżyser Pazura kiedyś grywał w polskich klasykach kina sensacyjnego. W filmie też na chwilę pojawia się Olaf Lubaszenko. Filmy tego pana wyraźnie wskazują tendencję spadkową (od całkiem znośnych "Chłopaki nie płaczą" i "Poranku kojota" do "Złotego środka" i sequelu swojego własnego filmu "Sztos"). Jeżeli tak samo ma być z Cezarym Pazurą to poziom infantylności już przy jego drugim filmie osiągnie zabójczy poziom…
1/10
Właśnie przed sekundą skończyłem oglądać. Obok świetnego pilota najlepszy dotychczas odcinek. W ogóle świetnie poprowadzony epizod, gdzie sceny poprzeplatano retrospekcje bohaterów ze zmarłym rok ojcem.
Rewelacyjny jest też utwór, który 'żałobnicy' śpiewają podczas pogrzebu i który rozbrzmiewa na końcu odcinka, kiedy Nate wsiada na motocykl (Blue Oyster Cult – Don’t Fear The Reaper). Nieziemski moment!!
Jeżeli mamy już uogólniać, to większość filmów Nowojorczyka wymaga trochę oleju w głowie, czemu jednak zaparcie zaprzeczają dystrybutorzy przy kolejnych promocjach jego filmów.
Visions are worth fighting for! – Burton kolejny raz opowiada o grupie ekscentryków, dziwaków, tym razem zamkniętych w biograficzną formę. Łączy siły wraz z Deppem by opowiedzieć o najgorszym reżyserze wszech czasów. Film utrzymał lekką formę z masą czarnego, czasami absurdalnego humoru.
Film do granic został wystylizowany na produkcję klasy B, zaczynając od czarno-białej taśmy kończąc na muzyce, świetnej scenografii czy sekwencji i napisach otwierających fil. Obraz Burtona to także nadal aktualna dzisiaj diagnoza Hollywood, które jak okazuję się od tamtego czasu niewiele się zmieniło – studia dalej chcą zbić jak największy zysk, skazując na emeryturę dawnej światłości aktorów (wątek z Belą Lugosi).
Świetnie przede wszystkim wypadają aktorzy. Depp, który pod czujnym okiem Brutona kolejny raz tworzy ciekawą postać. Ed Wood w jego interpretacji to ekscentryk, idealista, który mimo krytyki i wszelkich przeciwności robił to co uwielbiał. Jednak wszystkie kreacje i tak przyćmił wspaniały Martin Landau, który za swoją rolę Beli Lugosi zgarnął pierwszego w swojej karierze Oscara. Rewelacyjnie balansuje między scenami o komicznym czy groteskowym wydźwięku a tymi w pełni dramatycznymi, które istotnie łapią za gardło (jak wątek z problemem narkotykowym, samotnością czy alienacją w szybko zmieniającym się otoczeniu). Na plus role Vincent D’Onofrio jako Orsona Wellesa, z którym główny bohater w filmie ma pogawędkę i Billa Muraya.
Niewątpliwie to jeden z najlepszych filmów Tima Burtona i jeden z najciekawszych portretów legendarnej już postaci.
7+/10
Jakaś nowa twarz w Hollywood. Na razie na koncie ma 2 filmy, w tym jeden to Wielki Gatsby.
Rolę przeznaczoną dla Bena Afflecka zagra Joel Edgerton. Maguire za to wcieli się w Nicka Carrawaya. Też bym jednak wolał w obsadzie Afflecka, który "Miastem złodziei" (pomijając niezłą reżyserię) potwierdził, że jako aktor nadal jest w świetnej formie.
Scorsese zamiast brać się za kolejną przeróbkę, mógłby w końcu zaangażować się w jeden z projektów, które zapowiadał (film o Sinatrze czy Roosevelcie).
"Infiltracja" była dobra, jednak wątpię czy kolejny sukces z remakiem przyjdzie mu tak łatwo.
Polskie dobre filmy owszem są, ale trafiają się bardzo rzadko.
"Och, Karol 2" pokazuje raz jeszcze nieudolność radzenia sobie przez polskich filmowców z wszelką maścią odmian komedii. Żart jest tutaj toporny, w ogóle nie śmieszny. Postać Karola w wykonaniu Piotra Adamczyka na siłę kreowana jest na zabawnego neurotyka, jednak na chęciach się skończyło.
2/10
Affleck był jedynie rozważany do drugoplanowej roli (postać Toma Buchanana).
Proszę czekać…