Od siebie mogę z czystym sumienie, polecić "Watchmen Strażnicy" – najlepszą adaptacje komiksu tej dekady!
9/10 – Skromny, cichy, minimalistyczny szorcik
z wprost niezwykłym klimatem, bliski
moim ulubieńcom. Cudeńko!
5/10 – Zrobić dobry film sportowy to nie lada wyczyn. Trza z jednej strony trzymać się ściśle faktów, jakie dokonała omawiana drużyna, a z drugiej ubogacić je o uczucia tam panujące, relacje między zawodnikami, trenerem czy ich rodzinami.
Film O’Connor trzyma wprawdzie fason, ale wymagałby lekkiego podrasowania. Dużo tutaj wyniosłości, odwoływania się do faktów historycznych, za to panuje gama chaotyczności w kontaktach trenera z drużyną (zamiast trwających po 10 minut monotonnych treningów jakie widzimy twórcy mogliby ubogacić film o jakieś codzienne dialogi) czy też z jego rodziną, po prostu za dużo tu sportu w sporcie. Same mecze są nieźle wykonane, choć dla osób, które nie interesują się tym sportem mogą wydać się bardzo skrupulatnie podobne.
Mniam! – To jedna z najpiękniej opowiedzianych historii miłosnych, która złapała mnie za serducho, wzruszyła, pobudziła do życia i jeszcze raz wzruszyła. Ostatnie 15 minut tego cudownego filmu wywołało u mnie fali łez.
Całość bardzo prosto skonstruowana, zresztą jak większość filmów Clinta. Postacie, ich reakcje, dialogi są bardzo naturalne, spontaniczne. Przekłada się to na wielki plus. Dogłębnie możemy poznać losy Francesci i Roberta, ich historię, marzenia, poglądy.
Film utrzymał dość równy rytm, wszystko dzieję się bardzo powoli, nic nie umknie przez to naszej uwadze. Kolejny raz Meryl Streep zdominowała film swoim wdziękiem, prostotą, Eastwood też nie najgorszy. Gdy już jestem przy wyliczaniu – zdjęcia. Także piękne, wyraziste, te wszystkie ujęcia uroków Iowy.
Mały wielki film. O dokonywaniu wyborów, ich późniejszych konsekwencjach, o poszukiwaniu szczęścia, magii w naszym codziennym życiu. Niezwykły obraz. Zdecydowanie numer jeden spod ręki Clinta. Brawo.
8/10
"Zarabianie jest sztuką i praca jest sztuką, a dobry biznes jest najlepsza sztuką." – Może na początek wspomnę, że oglądałem tylko fragmenty filmów Andy’ego i może z dwa filmy trwające poniżej 15 minut. Dopiero planuję przyjrzeć się bliżej jego burzliwej twórczości.
Reżyser ma klasę. Na pewno. Kręcił co chciał, nikt nie narzucał mu swojej własnej wizji. Był twórcą niezależnym, miał gdzieś czy jego filmy komuś się podobają czy ktokolwiek będzie chciał je oglądać.
Jego filmy stanowią specyficzny kanon kina. To sklejone statyczne obrazki, które sami musimy rozszyfrować i przełożyć na nasze współczesne czasy. Mają one na pewno wymiar bardzo uniwersalny, poruszane problemy ("szybka miłość" czy konsupcjonizm) znajdują odzwierciedlenia w naszym społeczeństwie.
Czy można nazwać zatem tego pana artystą? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam. Bowiem trzeba najpierw zdefiniować czym jest sztuka. Do czego ma służyć? Czy kiedykolwiek miałeś z nią styczność?
Główny przedstawiciel amerykańskiej awangardy.
Rysownik. Rzeźbiarz. Malarz.
Dźwiękowiec. Fotograf.
Gej. Dziwak.
Ekscentryk.
Artysta
7/10 – Jak najbardziej na plus.
Opowiastka bazująca na granicy typowego czarnego humoru z cierpkim dramatem. Fajnie zakończona, omijająca łukiem typowe schematy z równie ciekawym klimatem i dialogami. Pozycja w sam raz na wolny, lekki wieczór.
Fakt, bardzo przeciętna…
6/10 – Haneke po raz drugi.
Sporo tutaj napięcia, które otrzymujemy w małych proporcjach aż do samego zakończenia, dialogi postacie też nie najgorsze, ale niestety zabrakło kulminacji, jakiegoś podsumowania, rozwiązania akcji. Film bardzo powoli się rozwija, duża ilość elementów dość niezrozumiała, ale… coś w tym na pewno jest. Próba oddania na ekran paranoi naszych czasów, zacieranie się kontaktów między ludzkich a może dezorganizacje życia publicznego? Dość specyficzny rodzaj kina. Na pewno nie odstawię tego Haneke’a i będę dalej brnął w głąb jego filmografii.
Po bardzo pretensjonalnym i płytkim "Źródle", Aronofsky wraca na sam szczyt, tworząc rzecz niesamowitą. Po przeczytaniu kilku opisów czy recenzji byłem wręcz pewien, że otrzymam bajeczkę a’la "Rocky" czy chociażby "Za wszelką cenę". Lecz po pierwszych minutach wyobrażenie o filmie Darrena legło w gruzach.
Kino niezwykle głębokie w środkach, pełne sentymentalizmu, bólu, smutku i cierpienia, mocno zapadające w pamięć. Bez żadnych udziwnień, szampanowości czy też łapania się o banał. Nie można oczywiście zapominać o odtwórcy tytułowego zapaśnika – Mickeyim Rourke. Fantastyczna rola, zresztą pisana właśnie dla niego. Nie widziałbym innego aktora do tej roli.
Jeżeli nie najlepszy film zeszłego roku, to na pewno jego ścisła czołówka!
8/10
Proszę czekać…